Prawo jazdy w kilka dni
W ostatnich latach nastała moda na prawo jazdy. Chętnych do otrzymania "plastikowego świstka" jest tak wielu, że na terminy egzaminów czeka się nawet 2 miesiąca. Oczywiście najpierw trzeba odbyć kurs, który trwa jeszcze dłużej.
Trzeba czekać aż tyle? Nie! Wystarczy pojechać do naszych wschodnich sąsiadów - do Ukrainy. 1 000 dolarów, fikcyjne zameldowanie, błyskawiczny kurs i z góry zdany egzamin - oto recepta na prawo jazdy. Czy to legalne? Nie wiadomo jakim cudem, ale tak. Uwieńczeniem całego procesu jest wymiana ukraińskiego prawa jazdy na polskie.
Przykre, ale prawdziwe...
Idiotycznie oblany egzamin
Podczas pierwszego podejścia do egzaminu na prawo jazdy, przeżyłem prawdziwy szok. Czekam w kolejce "do oblania" (dosłownie) i przyglądam się młodemu chłopakowi, który wsiadł do auta, by zaliczyć plac manewrowy. Łuk zrobił szybko i bardzo sprawnie. Zdziwiłem się, gdy egzaminator wymagał powtórzenia tego manewru - co też uczynił. Pan z teczką w ręce, z pyszałkowatym uśmiechem na twarzy, podszedł do auta, powiedział dwa słowa, otworzył drzwi i wyraźnym gestem wygonił ucznia z samochodu. Wszyscy byli zaskoczeni. Co się okazało. Egzaminator oblał chłopaka, ponieważ wykonywał on łuk na światłach drogowych (długich)!
Miałem podobną sytuację. Oblałem, ponieważ w bardzo słoneczny dzień zapomniałem włączyć tych świateł... Po przejechaniu stu metrów, egzaminator zatrzymał samochód i mi podziękował. Wiem, że oba przypadki łamały zasady ruchu drogowego, ale musicie przyznać, że wystarczyłaby reakcja typu "a światła?". Ale po co, lepiej oblać gnojka, przynajmniej szybciej wróci się do domu, gdzie czeka smaczny i ciepły obiadek 
Oblany egzamin w Tychach
Oblałem dwa pierwsze egzaminy na prawo jazdy z mojej winy - co do tego nie mam wątpliwości. Dziwi mnie tylko to, że dwa razy miałem egzamin z tym samym kolesiem - jak to możliwe? Podobno mogłem odwołać się od tego, ale straciłbym tylko czas i postawiliby "kropeczkę" przy moim nazwisku (chyba nie muszę tłumaczyć, co to oznacza...). Niejaki pan Krzysztof S. dwa razy wybrał ten sam samochód - Opel Corsa - w którym nie bylo kamer, a chyba każdy wie, że muszą być! Szybko zaliczyłem plac manewrowy, wyjechałem na miasto no i się zaczęło... Koleś chyba wyczuł, że nigdy nie jeździłem Corsą i ciągle kazał mi wykonywać czynności, które bezpośrednio wymagają wiedzy na temat tego auta, np. włącz / wyłącz ogrzewanie tylnej szyby. Mało tego, robił to, gdy byłem na skrzyżowaniach, aby odwrócić moją uwagę! Podczas pierwszego egzaminu musiałem podjechać na wzniesienie a następnie pod nie wjechać. Wszystko szło elegancko, byłem stuprocentowo zrelaksowany. Nagle egzaminator wrzeszczy: "powinienem zakończyć w tym momencie Pana egzamin". Ja na to: "dlaczego"? Stwierdził, że zahaczyłem słupek podczas wyjeżdżania z koperty. Poszedł sprawdzić, czy go tak czasem nie uszkodziłem. Mój tata był w pobliżu i nagrał całe zdarzenie. Jak się później okazało, nawet nie drasnąłem pachołka! Tak się tym zbulwersowałem, że oblanie tego egzaminu było tylko kwestią czasu... Na szczęście trzecia próba była już udana 
Oblałem przez rejestrację :/
W 2006 roku po raz drugi zdawałem egzamin na prawo jazdy. Wiadomo, lekki stres się miało
Po pewnym czasie nadeszła pora na mnie. Pan egzaminator zaprosił mnie do samochodu. Sprawdził moją wiedzę dotyczącą świateł. Następnie kazał wykonać popularny "łuk". Pierwsza próba nieudana - najechałem na linię przy cofaniu - więc próbowałem ponownie. Jadę do przodu, następnie cofam - "cycuć glancuś". Spoglądam na egzaminatora a on się na mnie krzywo patrzy. Myślę - co jest grane? Czego się doczepił? Stwierdził, że rejestracja wystaje poza linię. Byłem wkurzony na maxa... Pytam: czy to takie ważne? I co usłyszałem? "Nie zamknąłby Pan garażu"
Brakło mi słów, by zripostować kolesia...
P.S za trzecim razem sie udało.
